Rozdział XIII





Została sama w ciemnym wnętrzu furgonetki, oczywiście nie licząc śpiącego grubego gościa w głębi. Oparła się o boczną ściankę podciągnęła nogi i objęła je ramionami, starając się trochę przemyśleć całą sytuację. Pomijając inne szczegóły, zakochała się w facecie, który ją porwał, pewno był terrorystą, może wszystko co mówił to kłamstwa, by była spokojna, w końcu widziała go wcześniej pod szkołą, może ją śledził. Myślała już o tym, ale bała się zapytać, a co jak się wścieknie, w zasadzie to się go bała, ale z drugiej strony słyszała jego myśli i czuła, że jest bezpieczna.
To bardzo dziwne, nie była w stanie zidentyfikować tak do końca swoich uczuć, pomyślała, że może to wszystko szok pourazowy, albo raczej słynny syndrom Sztokholmski, kiedy porwani zakochują się w porywaczach, o właśnie to na pewno to.
Z rozmyślań wyrwały ją dobiegające z zewnątrz odgłosy bieganiny, tupotu chyba końskich kopyt, okrzyków i warkotu silnika, chyba rzeczywiście helikoptera. Pomyślała absurdalnie, i zdawała sobie z tego sprawę, że to może być ciekawe przelecieć się helikopterem, nawet jeśli to miałaby być ostatnia rzecz przed śmiercią, mogło być fajnie, choć oczywiście wolałaby aby jej nie zabili, a może jak będzie grzeczna…
Po jakimś czasie wszystkie odgłosy zaczęły milknąć, jakby oddalający się odgłos silnika helikoptera zabierał ze sobą i inne dźwięki. Harmider uspokajał się, pomyślała sobie, że Sebastian to szef i pewno wystraszył wszystkich, więc chcieli pokazać jak ciężko pracują, a teraz znów wracają nic nie robić. Z zamyślenia wyrwał ją nowy dźwięk, ktoś podszedł do furgonetki i otwierał drzwi, odsunęła się ostrożnie i spięła.
- Hej mała, żarcie – poznała ten głos słyszany wcześniej w samochodzie to człowiek z przodu furgonetki, aż się wzdrygnęła na wspomnienie jego rechotu. Był wysoki mocno umięśniony, zarośnięty i z daleka śmierdział piwem.
No, jak tam, lepszy humorek, szefunio cię udobruchał – teraz znów zarechotał lubieżnie. – Fajnie było.
- Sądząc po jego minie jak wychodził musiało być… – dodał drugi też obleśnie rechocząc. Ten z kolei był nieco niższy i raczej grubszy niż umięśniony, nie czuć było od niego piwa, ale wyraz jego twarzy był tak odpychający i jednocześnie rozanielony, że Natalię ciarki przeszły po plecach i ścisnęły się wnętrzności.
Cofnęła się w głąb furgonetki, w panice zalana gonitwą myśli, klnąc się w duchu że uwierzyła i zaufała, przecież ją zostawił, oddał w ich ręce, by się zabawili, tak jak chcieli, co teraz, żywej jej nie dostaną, o nie.
Macając podłogę ręka za sobą, bojąc się spojrzeć i odwrócić wzrok od obleśnych prześladowców, wyczuła długi twardy przedmiot, jakąś rurkę. Ścisnęła ją w dłoni i mono nabrała powietrza.
- Coś taka nieśmiała, koteczku – zaśmiał się niższy.
A ten drugi w tym momencie wskoczył płynnym ruchem do środka, stając nad nią. Teraz już  przestała myśleć, działała instynktownie, zamachnęła się rurką i uderzyła napastnika w kolana, jednocześnie zwijając się ze strachu w kulkę. Zobaczyła kontem oka, że napastnik upada i odturlała się w przeciwną stronę, w stronę otwartych drzwi wozu, tam jednak natknęła się na drugiego bandytę, który już wyciągał obleśne łapy by ją złapać.
Leżała na boku, korzystając z tego zamachnęła się nogą i kopnęła w jego stronę. Jej stopa wylądowała prosto na jego twarzy, z taka siłą, że zmiażdżyła mu nos. Odskoczył z wrzaskiem klnąc. Natalia rozejrzała się, jeden wił się w środku furgonetki usiłując wstać, drugi zniknął z boku, droga była wolna. Nie zastanawiając się co dalej wyskoczyła, nadal w ręku ściskała rurkę, jej niedoszły napastnik stał teraz tyłem trzymając się za twarz i klął. Podeszła cicho i z całych sił przywaliła mu rurka w łeb od tyłu. Padł jak kłoda.
Natalia głośno wypuściła powietrze i teraz dopiero zastanowiła się co dalej.
Targała nią nienawiść i wściekłość, ale przede wszystkim nienawiść, czuła się zdradzona i wykorzystana. Rozejrzała się w około, parę namiotów w oddali jeden większy obok, jakieś samochody. Słońce właśnie zachodziło czerwieniejąc się nisko nad horyzontem. Pomyślała, że to super, trudniej im będzie ją wytropić i dogonić, byle uciekać cicho. Samochody odpadały, dużo hałasu, no i nie bardzo dobrze jeździła, lepiej nie ryzykować, ale piechotą w pantoflach na obcasie daleko nie zajdzie.
Schyliła się i uniosła nogę, zdjęła but i odłamała szybko obcas, potem powtórzyła to w drugim, tak lepiej, pomyślała. W tym momencie doszło ja znajome parsknięcie, tak przypomniała sobie odgłosy kopyt, tu są konie, to jest to. Parskanie dochodziło z namiotu obok, szybko skierowała się tam biegiem. W środku stało sześć koni osiodłanych i gotowych do jazdy, nie zastanawiając się podeszła do pierwszego i delikatnie położyła mu dłoń na szyi. Poczuła jego drżenie i pomyślała o pięknej łące z soczystą zieloną trawą i swobodnym galopie przez nią. Pomogło, zawsze pomagało, ile razy chciała jakiegoś konia uspokoić nakłonić do wykonania jakiegoś polecenia to obraz zielonej łąki zwykle pomagał.
Teraz, podciągnęła popręg, odpięła konia i pociągnęła za sobą do wyjścia, szedł bez oporu posłuszny, pełen zaufania. Po wyjściu z namiotu błyskawicznie wskoczyła na siodło i dała koniowi znak łydkami do galopu.
Ruszył szybko i pewnie, znał drogę na zewnątrz, więc mu zaufała. Za bramą rozejrzała się, wokół wszędzie było płasko, wielki step, ale z prawej strony w oddali widać było jakieś wzniesienia, tam skierowała konia i ruszyła.


Intensywny dźwięk dzwonka telefonu przebijał się nawet przez warkot helikoptera i wyrwał Sebastiana z zamyślenia. Odebrał machinalnie i aż podskoczył. Wiktor wrzeszczał jak opętany, z początku nie był w stanie zrozumieć co on mówi, ale kiedy zrozumiał co się stało, o mało nie zgniótł telefonu, ci cholerni idioci, a ile razy mówił żeby nie brać ludzi do takiej roboty, do żadnej roboty, w ogóle nie zadawać się z ludźmi.
- Szukajcie jej i żeby jej włos z głowy nie spadł – wrzasną do telefonu – Wytnę wszystkich w pień jak jej się coś stanie – zawarczał w furii – I nie żartuję – dodał szybko z taką groźbą, że jego rozmówca nawet nie odetchną.– Szukać jej, już.
Rozłączył się z wściekłością, wrzasną do pilota by natychmiast zawrócił. Słysząc jego ton i poprzednią rozmowę, pilot nawet nie mrukną, wziął łagodny zakręt i skierował maszynę powrotem.
Sebastiana czekała jeszcze jedna rozmowa, starał się opanować ale przychodziło mu to z trudem. Podniósł telefon i zadzwonił do Gajusza. W kilku słowach opisał co się stało, Gajusz nic nie skomentował, ale kiedy powiedział, że są niedaleko i za godzinę powinni z Luną i Oliwią dotrzeć na miejsce wyczuł, że ten jest wściekły.
Kilkanaście minut później helikopter miękko wylądował, ale Sebastian wyskoczył już wcześniej jeszcze parę metrów nad ziemią i już pobiegł do stojącej samotnie furgonetki. Uważnie obejrzał ślady i zaczął wietrzyć, tak już wiedział co się stało jego wyczulone zmysły doskonale wyodrębniły ślad dziewczyny i konia z innych, którymi ludzie w panice zadeptali je. Od razu też wiedział gdzie uciekała, pomyślał, że rozsądnie, ale jednocześnie przeraził się znał te wzgórza i wiedział jak są niebezpieczne.
Może uda mu się zdążyć przed nią, szybko polecił pilotowi zmianę kierunku i wybrał numer Gajusza by poinformować go, o tym by nie leciał do obozu, tylko od razu w góry. Na szczęście odebrała Oliwia i obyło się bez komentarzy i zbędnych awantur.



Prześlij komentarz