Rozdział IV






Cały pokój tonął w mroku, jedyny pojedynczy promień księżyca w pełni oświetlał fragment biurka i stojącego przy nim krzesła, nie przeszkadzało jej to jednak, wyczulone zmysły przywykłe do przenikania mroku, dostrzegały każdy najmniejszy szczegół. Jak prawie co noc, stała nieruchomo niczym posąg napawając się widokiem śpiącego chłopaka. Kiedy patrzyła na niego znów wzbierały w niej te gwałtowne uczucia fascynacji, pożądania i nieznośnego wszech ogarniającego bólu, jednak potrzeba spoglądania na niego choćby z daleka była silniejsza.
Przesuwający się powoli promień księżyca oświetlił śpiącego wzbudzając srebrzyste refleksy na jego skórze. Nagle, coś odbiło światło na tyle mocno iż zmusiło ją do oderwania się od gonitwy napływających wciąż myśli. To tylko wisiorek na szyi, jednak jego blask w świetle księżyca był tak silny, jak by sam był świecąca gwiazdą. Mienił się przez moment, ukazując skomplikowany dziwny ornament, niczym srebrna koronka z postaci dziwnych zwierząt i roślin, a następnie znikną, kiedy promień księżyca przesuną się dalej, oświetlając teraz uchylone usta i zamknięte oczy.
Oddychał ciężko, jakby coś go przygniatało, rzucił się gwałtownie i odepchnął ręką nieznaną przeszkodę, potem powoli przekręcił się i szepnął przez sen:
- Luna
Miała wrażenie, że się przesłyszała, to nie było możliwe by mógł ją pamiętać. Obserwowała go od ich spotkania w lesie i nikomu nie wspomniał o niej ani razu, a jej zdolności manipulowania pamięcią i myślami ludzi nigdy do tej pory jej nie zawiodły. Nie mógł pamiętać, to przypadek. Jednak gdzieś głęboko zakiełkowało w jej myślach ziarenko niepewności.
W tym momencie poczuła coś jeszcze zagrożenie, gdzieś w oddali narastający lęk, coś, jakąś świadomość, na granicy jej świadomości też obserwującą, a może polującą, gdzieś daleko. Wzbudziło to w niej niejasne bardzo odległe wspomnienie, ale czego, nie potrafiła sobie przypomnieć.
Spięła mięśnie do skoku i ruszyła.
Natalia drgnęła gwałtownie, był środek nocy około wpół do trzeciej, a ona nadal czytała niesamowite badania prof. Hawthworta z uniwersytetu w Nebrasce, badającego przy pomocy fMRI kobietę będąca medium. Czy wydawało jej się, czy też usłyszała jakiś stukot w uśpionym domu, a może to tylko jej wyobraźnia, pobudzona czytanymi artykułami.
Przed badaniami prof. Hawthworta, znalazła opisy badanych przypadków z uniwersytetu w Helsinkach, gdzie pacjenci zdiagnozowani wcześniej jako schizofrenicy okazali się wyraźnie ze sobą porozumiewać w myślach, a w ich krwi wykryto bardzo wysokie stężenie NAA neuroprzekaźnika N-acetylo-asparaginianu. Jak również fascynujące badanie zespołu prof. Sedorowa z Instytutu Badań Psychicznych w Kazachstanie gdzie przy pomocy fMRI badano co dzieje się w mózgu pacjenta któremu, po podaniu neuroprzekaźnika N-acetylo-asparaginianu z pewnej odległości osoba o uzdolnieniach paranormalnych przekazuje myślowy obraz oglądanej rzeczy. To było najbardziej niesamowite, jeśli nie było tu oszustwa, to u badanego w tym momencie wyraźnie aktywizowało się pole 17, 18 i 19 płata wzrokowego, a gdy była to ludzka twarz lub znany przedmiot też pola 37 i 39, czyli jednym słowem badana osoba widziała obraz.
Natalia przetarła bolące oczy, i włączyła drukarkę, jutro jednak opowie o swoich podejrzeniach Arturowi, no może nie o motocykliście, ale ma konkretne badania o wpływie umysłu na umysł. Potem zdecydują czy powiedzieć o tym dr Rahmowi i jak spróbować to zbadać.
Teraz jednak musi się już położyć bo zaczyna mieć zwidy o duchach z przemęczenia, a jutro musi wstać jak zwykle o świcie.


Kolejne trzy tygodnie upływały Aleksandrowi jakby w lekkim otępieniu, nie działo się nic nieoczekiwanego dzień wlókł się za dniem na wykonywaniu codziennych zajęć. Natalia była tak zajęta, że prawie jej nie widywał, siedziała na uczelni, w szpitalu, a jeśli w domu to przy komputerze. Co prawda często bywał w stajni, ale z reguły jeździł na ujeżdżalni, a do lasu tylko rozprężyć konia. Było to rozsądne, gdyż odnosił wrażenie, iż gdzieś tam tylko ma szansę jeszcze kiedyś spotkać Lunę. W zasadzie to stracił już nadzieję i zaczynał poważnie się zastanawiać czy to aby nie było urojenie, a nie prawdziwe spotkanie. Nie zmieniało to faktu, iż jeśli by to zależało tylko od niego, to pałętałby się po lesie w kółko całymi godzinami.
Chodził też już do szkoły na zajęcia, ale po trzech miesiącach nieobecności i tak ten semestr miał chyba do tyłu, pytanie czy pozwolą mu przystąpić do matury. Na ćwiczeniach rehabilitacyjnych dostał stanowczy nakaz chodzenia na spacery (na piechotę), więc bez entuzjazmu wybrał się parę razy z kumplami do kina.
Do tego jeszcze prawie co noc męczyły Aleksandra koszmary, których na dodatek rano nie potrafił sobie przypomnieć, budził się zmęczony i zrezygnowany. Zaczął już nawet zastanawiać się nad tym czy to nie pierwsze objawy choroby psychicznej, najpierw halucynacje, teraz często miał wrażenie czyjejś obecności, jak by go ktoś obserwował, czasem w pociągu, innym razem na parkingu lub jak budził się w nocy. Tak jak by tuż poza zasięgiem jego wzroku ktoś był, ale kiedy się odwracał lub zapalał światło nikogo nie było. Znalazł już w Internecie, że to typowe objawy schizofrenii i zaczął się z tym powoli godzić, zastanawiając się jak powie o tym Natalii.
Noga była już prawie idealnie sprawna, ale rehabilitant znów zaczął czepiać się chodzenia na spacery, na dodatek pójście do kina nie uznawał za spacer. Na ostatnich zajęciach Aleksander musiał przyrzec codzienną godzinę chodzenia po lesie, najlepiej po piachu, górach dołach, wręcz bomba.
Był już późny wieczór kiedy zdecydował się w końcu wybrać na ten spacer. Z ociąganiem zawiązywał buty zastanawiając się, co zrobić aby takim spacerom rehabilitacyjnym nadać jakiś rozsądny sens. Przez moment zastanawiał się czy może by posłuchać nagranych przez Adę wykładów po drodze, ale wzdrygnął się z obrzydzeniem, sięgnął jednak po telefon i słuchawki z postanowieniem posłuchania muzyki. Nawet nie sprawdził co ma nagrane, w końcu wszystko jedno.
Las, a właściwie malutki lasek służący pobliskim mieszkańcom na miejsce niedzielnych spacerów rodzinnych, wycieczek rowerowych i mini tor motokrosowy, zaczynał się jakieś sto metrów od jego domu i spełniał wszystkie wymogi rehabilitacji piach góry, doły itp. Najistotniejsze jednak było to, iż był środek tygodnia, ciemno i prawdopodobnie w lesie nie będzie żywej duszy. Włączył głośniej muzykę, ostre dźwięki wgryzły się w jego mózg wypędzając wszystkie myśli i absorbując swoją siłą całą dostępną uwagę.
Może nie będzie tak źle” – pomyślał i ruszył ścieżką przed siebie w zasadzie nie zastanawiając się dokąd idzie i tak było to obojętne wcześniej czy później dojdzie do piaszczystej wydmy i wzniesień też tu pełno. Tak naprawdę to uwielbiał las nocą zwłaszcza oświetlony pełnią księżyca, a dzisiaj księżyc był wielki i jasny jak olbrzymi świecący reflektor.
Aleksander nie myśląc o niczym, szedł wolno ze wzrokiem utkwionym w ziemię, starając się rozpoznać słuchane utwory, co przychodziło mu z trudem, gdyż jak już sobie przypomniał to były nagrania sprezentowane przez kumpla ze szkoły Maxa „na poprawienie nastroju” jak leżał w gipsie. No, to chyba jednak nie dokładnie jego muzyka.
Nagle w ostrym dźwięku pojawił się nowy warczący zjadliwy ton i z każdą chwila nasilał się. Potrzebował chwili aby uświadomić sobie, że to nie muzyka i dźwięk pochodzi z zewnątrz.
Cholera, wariat na quadzie i to bez świateł, a niech to….” – pomyślał i odwrócił się za siebie, aby sprawdzić jak daleko jest intruz.
Stanął jak wryty, machinalnie sięgnął wyjmując słuchawki, parę metrów przed nim w tym samym momencie zatrzymał się motocykl, a na nim, jeszcze piękniejsza, jeśli to było możliwe, dziewczyna z leśnego spotkania, tym razem oświetlona księżycowym blaskiem wyglądała tak niesamowicie pięknie, że Aleksandrowi znowu zabrakło powietrza. Była bez kasku, a blask księżyca rozświetlał jej jasne, srebrzyste włosy i odbijał się od srebrnych detali czarnej skurzanej kurtki. Stanęła, przytrzymując lekko, wolno pracujący, olbrzymi czarno srebrny motocykl i uśmiechnęła się niepewnie. Zgasiła silnik motoru widząc, że ją zobaczył.
Nie był wstanie wyksztusić z siebie słowa.
- Hej, cześć… – Luna zaczęła niepewnie zawieszając głos jakby chciała coś dodać, ale się rozmyśliła. Patrzyła na niego z niedowierzaniem, a jej piękna twarz przez moment wyrażała mieszaninę frustracji, radości i przerażenia – Pamiętasz mnie? – spytała.
To pytanie wyrwało Aleksandra z osłupienia.
- Cześć, nie mam jeszcze Alzhaimera, jak mogę nie pamiętać – odpowiedział z oburzeniem.
- No, tak, myślałam… w zasadzie nie powinieneś pamiętać
- Jak to?
- Nieważne, tak mi się wydawało –Luna zmieniła front i dodała uprzejmie – Milo cię widzieć.
Znów go na moment przytkało, ale zaraz odpowiedział nieco zmieszany
- Ciebie też, miło widzieć.
- Mogę potowarzyszyć w spacerze – spytała wesoło dziewczyna, jakby nigdy nic
- Jasne, miło by było, ale…. – Aleksander spojrzał na motor z wahaniem
- To nic, zostawię go tu jak będziemy wracać zabiorę, albo kiedyś – dodała swobodnie
- No, co ty ukradną go
- Tutaj, nikogo tu niema – odparła ze śmiechem - A jak co, to go znajdę, jest bardzo charakterystyczny.
- Hmm – Aleksander nie wiedział, co powiedzieć, gdyby miał taki motor, to pewnie nie spuściłby go z oka nawet na moment. – Może sam go ukradnę – mrukną pod nosem.
- Proszę bardzo, aż tak nie jestem do niego przywiązana by o niego walczyć – zaśmiała się – No to co, chodźmy – powiedziała miękko, a jej ciepły lekko ochrypły głos wprawił w wibrację całe jego wnętrze.
Przez chwilę szli w milczeniu obok siebie. Po kilku minutach marszu skręcili w niewielką, ledwo widoczną w świetle księżyca ścieżkę. Teraz już nie mogli iść obok siebie, było a wąsko.
- Chcesz to pokaże ci piękne miejsce w lesie? – spytała dziewczyna po chwili, z wahaniem odwracając się do Aleksandra
- Tak, chętnie – Aleksander uśmiechnął się miło
- Ale będziemy musieli zejść ze ścieżki, za chwilę….
- Jest trochę ciemno, ale mam latarkę – odpowiedział Aleksander przeszukując kieszenie. Dziewczyna delikatnie złapała go za rękę.
- Nie, latarka nie jest potrzebna, popsuje wrażenie, księżyc wystarczy.
- Jak znajdziesz drogę….
- Ja dobrze widzę w ciemności, ty też zaczniesz widzieć i słyszeć, jak spróbujesz patrzeć.
- Cały czas patrzę, ale głównie widzę ciemność
- Nie…, nie patrzysz, jak wszyscy współcześni ludzie, nawykłeś do światła i zgiełku, biegasz po lesie w słuchawkach, wpadłeś do niego jak pszczoła do pokoju, jesteś tu, ale chcesz uciec, patrzysz tylko w okno z szybą….
- Lubię chodzić po lesie…
- Może i lubisz, ale go nie widzisz i nie starasz się poczuć, kiedyś ludzie którzy żyli w lesie, musieli go szanować, czuć i znać, po to by przeżyć
- Ale teraz już lasy nie są niebezpieczne, nie ma w nich zwierząt, tylko śmiecie…
- No nie do końca, jest tu mnóstwo zwierząt, ale robisz tyle hałasu, że nie masz szans ich zobaczyć, ani usłyszeć. – szepnęła Luna
- Skąd wiesz, skoro tak hałasuje, że je zagłuszam – spytał Aleksander złośliwie
- I tak je słyszę, a nawet widzę, bo się staram, ty też możesz, zamilknij na chwile i skoncentruj się na lesie i tym co jest dookoła
Aleksander nie odpowiedział tylko posłuchał dziewczyny i zaczął wpatrywać się w ciemność wokół. Księżyc rzeczywiście świecił wystarczająco jasno by dużo widzieć, ale jednak, wydawało mu się, że chyba nie na tyle by widzieć coś więcej niż drzewa. Po chwili poczuł rękę dziewczyny na swojej, aż przeszły go dreszcze, spojrzał na nią, uśmiechnęła się i ostrożnie wyciągnęła druga rękę. Przesuną wzrok za jej wskazaniem i dostrzegł niewyraźny ruch. Skoncentrował się wiedziony ciekawością i po chwili był w stanie dostrzec więcej. To był królik, a może zając, siedział i strzygł uszami, ten ruch zobaczył. Chciał zrobić jak najostrożniejszy krok do przodu by lepiej się przyjrzeć, ale nadepną na coś. W otaczającej ich ciszy lasu odgłos łamanej gałązki był jak huk wystrzału. Oczywiście królik czmychnął, a Luna się zaśmiała cicho i szepnęła.
- No jak, obijająca się o szybę pszczoła, ruszysz się i mnóstwo hałasu.
- A ty potrafisz nie robić hałasu – w zasadzie nie spytał tylko stwierdził też szeptem – Znikasz jak duch
- No tak, umiem być cicho… jak duch – zaśmiała się bezgłośnie
- Naucz mnie, tak poruszać się w lesie
- No nie wiem czy to możliwe – popatrzyła na niego z powątpiewaniem – Jesteś jak dziecko, nic nie wiesz o lesie… - zawahała się – ale dzieci się uczą…, no może.
Odwróciła się powoli i pociągnęła go za sobą. Starał się naśladować każdy jej ruch i prawie każdy oddech. Zatrzymywali się kilku krotnie i Luna bezgłośnie pokazała mu sowę na gałęzi nad nimi i przyczajonego lisa, a potem drugiego, zjadającego upolowanego chyba jakiegoś gryzonia. Chodzili tak po lesie z godzinę, aż w końcu wyszli znowu na ścieżkę. Aleksander był zafascynowany, ale jednocześnie czuł ból we wszystkich mięśniach jak by biegał przez wiele godzin.
- Chyba na pierwszy raz Ci starczy, bo jutro nie będziesz się mógł ruszać – zaśmiała się – Aż czuje jak ci się kwas mlekowy odkłada w mięśniach
- No co ty mógłbym tak całą noc, to dla mnie pestka – odpowiedział szybko, ale w głębi ducha marzył raczej by usiąść, lub się położyć. – Wiesz co, teraz ja coś ci pokażę, bo chyba jesteśmy na tej samej ścieżce, którą wcześniej szliśmy?
- Tak masz rację, no chyba jednak troszkę się uczysz – zaśmiała się Luna – To prowadź
Szli znowu jedno za drugim, ale teraz to Aleksander szedł pierwszy. Idąc starał się co prawda iść ostrożnie, jak pokazywała mu Luna, ale niezbyt mu wychodziło, więc postanowił zagłuszyć swoją ignorancję rozmową.
- Nie boisz się – zapytał nagle Aleksander odwracając się do Luny – Tak iść w nocy po lesie sama obok obcego faceta
- Nie – odparła bez wahania – Nie boję się ciebie, ani nikogo – dodała szybko
- To źle – zaśmiał się
- Chyba powinieneś powiedzieć „to dobrze”, chcesz abym się ciebie bała?
- Nie, ale może powinnaś
- Może, ale nie mam instynktu samozachowawczego, taka wada wrodzona – Luna zaśmiała się, tak naprawdę na wyobrażenie swojego braku instynktu – A po za tym nie jesteś taki obcy, przedstawiłeś mi się
- I to wystarczy, np.: „Jestem Ted Bundy, do usług” – zaśmiał się Aleksander.
- Ciekawe byłoby doświadczenie.
- No, myślę – odparł sarkastycznie.
- A, Ty nie boisz się mnie, wyglądałeś przez moment na przestraszonego – Luna zapytała wpatrując się w niego ciekawie.
- Nie – Aleksander roześmiał się szeroko. - Nie mógłbym się ciebie bać – zawahał się. - Nie wyglądasz groźnie – dodał.
- Pozory mylą.
- No tak, to akurat prawda i co, jesteś taka groźna i mam się ciebie bać – teraz Aleksander uśmiechał.
- No pewno, ale w najbliższym czasie powstrzymam się i nie zrobię ci krzywdy – Luna odparła po chwili z udaną powagą.
- Dzięki, doceniam starania. Popatrz już jesteśmy na miejscu.
W tym momencie gałęzie rozstąpiły się i weszli ma malutką leśną polankę, gęste krzaki poszycia otaczały ją ze wszystkich stron, ale wewnątrz nie było żadnych krzaczków, tylko całe pole konwalii wyrastających z miękkiego zielonego mchu. Pokrywały cała łączkę niczym delikatny oszałamiająco pachnący dywan, tylko po bokach w cieniu krzaków i drzew rosły paprocie. W świetle księżyca widok był niesamowity, zwłaszcza, że na paprociach i konwaliach zebrała się wieczorna rosa i teraz jej krople iskrzyły się niczym rozsypane diamenty.
- Jakie przepiękne, romantyczne miejsce – zawołała Luna zachwycona i kucnęła głaskając delikatnie dywan konwalii – Nie sadziłam, że faceci mogą zwracać uwagę na takie piękne romantyczne miejsca
- No, widzisz jednak potrafię zaskakiwać, kiedyś trafiłem tu przypadkiem, w świetle słońca ta polanka też jest przepiękna
- Nie wątpię, jednak na pewno wole ją w nocy
Aleksander roześmiał się lekko, odchylając głowę do tyłu i przeczesał włosy palcami. Ruch ten spowodował, że księżyc przez moment zatańczył na jego szyi powodując świetlisty refleks i błysk. Jego wisiorek zalśnił srebrzystym blaskiem, na ułamek sekundy i z schował się w zagłębieniu szyi.
- Piękna ozdoba – zauważyła zainteresowana Luna
- Moja jedyna pamiątka po prawdziwych rodzicach
- Wygląda na bardzo stary
- Pewno tak.- odparł Aleksander i usiadł na mchu.
Luna usiadła na przeciwko niego, cały czas głaskając konwalie, co powodowało, że pachniały jeszcze mocniej
- Mój ojciec jest prawnikiem – zaczął opowiadać. - I kiedyś dostał zlecenie odnalezienia rodziny porzuconych bliźniąt: dziewczynki i chłopca, mieli tylko ten wisiorek i list od umierającego ojca z prośbą o to, by któreś z dzieci zawsze go nosiło, pamiątkę rodzinną oraz o znalezienie rodziny jego zmarłej przy porodzie żony, gdzieś we Włoszech – zamilkł na chwilę i po kilku minutach ciągną dalej. - No i mój ojciec długo próbował, ale nie udało mu się, a do mnie i siostry tak się przyzwyczaił, że postanowili z żoną adoptować nas, a ten wisiorek cały czas noszę, wygląda trochę jak połówka większej całości.
- Piękna historia – zamyśliła się Luna
- Tak, to naprawdę dobrzy ludzie– powiedział Aleksander z powagą i zamyślił się, może to romantyczna atmosfera łąki sprzyjała wyznaniom, bo przecież nigdy o tym nikomu nie wspominał.
-Czy chcesz wiedzieć ja kim jestem? - spytałaLuna po chwili milczenia
- Chyba nie – Aleksander odparł z wahaniem, po chwili dodał pewnie. – Nie.
- Dlaczego? – zdziwiła się.
- Nie wiem, tak jest bardziej intrygująco – odparł ze śmiechem. – Tajemnicza dziewczyna na tajemniczej leśnej polanie w świetle księżyca.
- Lubisz tajemnice i zagadki
- To czasem może nadawać sensu nudnemu życiu.
- Czyżby? Ale może być niebezpieczne – Luna popatrzyła na Aleksandra poważnie i powoli wstała.
- No i ….?
- No tak, oczywiście nie boisz się – zaśmiała się
- No właśnie, to ty, dziewczyna, powinnaś bać się…
Podniósł się, odwrócił w jej stronę i zrobił krok, tak że znalazł się zaledwie parę centymetrów od Luny. Wydawała się zaskoczona wstrzymała oddech i może chciała zrobić krok do tyłu, ale jego ramię objęło ją w talii i zatrzymało w miejscu.
Gwałtowny przypływ adrenaliny spowodował, iż Aleksander poczuł gorąco w całym ciele, serce przyśpieszyło jak oszalałe, a jednocześnie wszystkie jego zmysły wyostrzyły się. Pozwoliło mu to jednak również, na szybką ocenę sytuacji. Pomimo jego gwałtownego, wydawałoby się agresywnego ruchu, jej oczy wpatrzone w niego cały czas, były wesołe i łagodne. Przeszedł go bardzo przyjemny elektryzujący dreszcz. Uniosła w górę głowę, spojrzała śmiało w jego oczy i uśmiechnęła się.
- Jakoś się nie boję
- Czyżby, a serce pewnie wcale tak ci nie wali jak by miało uciec – zaśmiał się sarkastycznie Aleksander
- Raczej nie, choć jeśli, to może to wcale nie ze strachu – odparła prowokacyjnie
Pochylił się powoli, nie odrywając spojrzenia od jej szarozielonych, wielkich i szeroko otwartych oczu, aż jego usta przywarły delikatnie do jej lekko uchylonych chłodnych warg, oddała pocałunek namiętnie, jakby zapominając o całym świecie na ten jeden moment.

Pachniała konwaliami, a on pogrążył się w tym zapachu i namiętności chcąc aby ta chwila trwała wiecznie, a oni przez wieczność pozostali razem na tej łące.



Prześlij komentarz