Rozdział II




Po drodze do stajni Aleksander czuł się jak narkoman na głodzie z szansą na działkę, tuż za rogiem. Poniekąd to pewnie nawet prawdziwy głód, może nie narkotyczny ale na pewno głód adrenaliny. Do takiego wniosku doszedł już jakiś czas temu w czasie tych nudnych trzech miesięcy, gdzie najbardziej ekscytującym i ekstremalnym wyzwaniem stała się wycieczka w gipsie do kuchni. Może czasem przyciągał wypadki ale też trzeba przyznać, że nigdy ich nie unikał, lubił emocje i wyzwania podnoszące poziom adrenaliny, można powiedzieć, że wręcz ich poszukiwał.
Ekscytował się szybką jazda samochodem i sama myślą o tym, iż za moment wsiądzie na konia poczuje jego ciepło, zapach, ruch jego mięśni pod jedwabistą skórą i stanie się z nim jednością wspólnymi pragnieniami i instynktami, potrzebą ruchu, wolności, czasem ucieczki, może od rzeczywistości.
Zahamował gwałtownie przed bramą stajni i powoli ostrożnie wjechał na parking. Piotr, kierownik stajni przywitał go szerokim uśmiechem. Jego pomarszczona ogorzała od wiatru i słońca twarz zawsze była pogodna i spokojna.
- No jak tam rekonwalescent, gotowy na rehabilitacje z pomocą czworonoga – zaśmiał się.
- Pewno, nie mogę się doczekać, aż wychodzę z siebie
- Wiem, tylko spokojnie, weź Samarytanina i możesz pojechać na spacer, ale piętnaście – dwadzieścia minut max, potem wróć, jak wszystko będzie OK. to popatrzę na ciebie jeszcze parę minut na ujeżdżalni, ale jak się nie zmęczysz. Potem mam jazdę i wezmą od ciebie Samarytanina, będzie rozgrzany.
- Dzięki, już lecę
- Pospiesz się z czyszczeniem, zaraz zjawią się kursanci i będzie tłum, to duża grupa.
- OK.
Czyszczenie i siodłanie zajęło mu kilkanaście minut, wprawne, automatyczne ruchy, optymalizowały czas i wysiłek. Co prawda chętnie by jeszcze pomarudził w stajni, ale Piotr miał rację, już słyszał podniesione głosy i pokrzykiwania „tumu” kursantów, a to nie było to, „co tygrysy lubią najbardziej”.
Wyprowadził Samarytanina przed stajnię, Piotr zjawił się jak z podziemi, pewno już czekał.
- Pomóc wsiąść- spytał przyjaźnie.
Zawahała się, wolałby wsiąść sam, ale z drugiej strony robić cyrk, a jak by mu noga nie wytrzymała, było by głupio, może lepiej z godnością przyjąć pomoc.
- Proszę, jeśli możesz
- Tylko uważaj, nie spadnij, nic oprócz stępa, konia mi nie zmęcz.
- Na pewno go zajeżdżę – powiedział z sarkazmem – a jak spadnę to wrócę na piechotę, rehabilitant zalecał spacery – dodał.
- Super, miłego spaceru


Las mienił się wszystkimi odcieniami wiosennej zieleni, uderzał w zmysły z szaloną siłą zniewalającego spokoju, przemieszanego z żywą intensywnością budzenia się nowego życia. Większość drzew była już pokryta liśćmi, niektóre kwiatami, a w zieleniejącym poszyciu bieliły się zawilce. Wiatr targał korony drzew, ale tak wysoko, iż tu na dole nic nie było czuć oprócz delikatnego szumu i czasami ocierania się o siebie konarów wysoko w górze.
Słońce delikatnie przeświecało przez koronki liści, jednak w niewielu miejscach miało szanse dotrzeć do ziemi i pozostawić na niej złote plamy. Las był gęsty, a ścieżka niezbyt szeroka, tak że trzeba było uważać co chwilę na wychodzące na ścieżkę drobne gałązki, czochrające włosy i drapiące w twarz.
Wodze puścił koniowi luźno, pozwalając mu się odprężyć i rozciągnąć swobodnie i poskubywać co chwilę młode listki z mijanych gałązek, oczywiście to karygodne, ale jak miło czuć zadowolenie i przyjemność jaką to sprawia koniowi. Rozkoszował się swobodnym ruchem potężnych mięśni i regularnym kołysaniem w takt swobodnego długiego stępa.
Po dziesięciu minutach lawirowania pomiędzy drobnymi gałązkami ścieżka rozszerzyła się w miarę szeroką piaszczystą drogę leśną, ciemną i prostą niby bajkowy tunel którego sklepienie nie przepuszczało ani promienia wiosennego słońca. To była bardzo stara część lasu, wiekowe drzewa, i małe ledwo podrośnięte siewki tworzyły po bokach gęstą ścianę zieleni poprzecinaną kolumnami grubych pni i konarów.
Koń podniósł łeb i zadrżał lekko, to była wymarzona droga do galopu i często tu razem galopowali przed kontuzją. To nieme pytanie zwierzęcia podziałało na Aleksandra jak zapalona w oparach benzyny zapałka, jego cierpliwość i rozwaga miała swoje granicę. W ułamku sekundy, poczuł znajome uderzenia adrenaliny, nie myśląc zebrał wodze i łydkami dał koniowi przyzwolenie na bieg, następnie płynnie zmienił równowagę i pozycję, pochylając się do przodu dając koniowi swobodę, a następnie puścił wodze luźno.
Pęd wiatru na twarzy i szum w uszach połączony z rytmem uderzeń kopyt, ogłuszał i jednocześnie działał kojąco, teraz na reszcie czuł pełną wolność i swobodę, a może to były uczucia konia… Droga była szeroka i bezpieczna, a galop Samarytanina równy, pewny i spokojny, stanowili teraz pełną jedność. Zamknął oczy rozkoszując się tym uczuciem i rozpływająca się po krwioobiegu adrenaliną.


Pęd powietrza, głód, pragnienie potrzeba czegoś, niespełniona, niewiadomo czego. Pęd powietrza. Tak, tylko taki moment pozwalał zapomnieć na chwilę, po części o tym kim się jest, o samotności i wiecznym bólu pragnienia. Las był spokojem, źródłem zaspokojenia pragnienia, ruch też dawał spokój, czy to odwieczny instynkt, pewnie tak.
Biegła ledwie muskając stopami leśne poszycie, obok niej, bezszelestnie suną olbrzymi wilk, to jej brat, wspaniały, piękny, pełen gracji. Ich bieg przypominał taniec, złączenie zmysłów i rytmu ciał, dawał swobodę i wolność, był czysta przyjemnością. W tym tańcu widziała każdy szczegół poruszającego się w zwolnionym tempie świata. Gałęzie kłaniające się wolno i z namysłem, drobne zwierzęta i ptaki ostrożnie usuwające się z pod nóg.
Gorące powietrze smagało jej czoło, w uszach szum zagłuszał częściowo inne odgłosy lasu, nagle doszedł ją inny dźwięk, znajomy, uderzenia kopyt o piasek, gwałtowne bicie serca, krew buzująca w arteriach. Automatycznie skierowała bieg w tą stronę, to znów instynkt. Powoli włączała myślenie i kontrolę. To zwierze to koń. Koń to nie obiekt polowań, koń oznacza ludzi na koniach. Powinna odejść i przeciwną stronę, wiele razy spotykała w lesie jeźdźców na koniach, ale… coś jest nie tak. Koń jest sam? Coś, może instynkt, może jakaś nieodparta siła ciągnęła ją w tę stronę.
To uczucie swobody płynące od konia, ciekawe, pewnie uciekł, zatrzymam go i odprowadzę, ciekawe doświadczenie, a może nie odprowadzę… Nie, Dawid, odejdź, wracaj do braci, wystraszysz go”
W tym momencie wilk odłączył się i skoczywszy w bok, zniknął w gąszczu młodych drzewek i krzaków.
Stój”- rozkazała w myślach. Wiedziała, że jest szybsza od niego i będzie przed koniem w momencie reakcji kona na hasło. Skoczyła i…
Tego w żaden sposób się nie spodziewała, nie wyczuła wcześniej bicia drugiego serca, ani nic, żadnej dodatkowej myśli, to była tylko jedna żywa istota. A tu…


Swobodny pęd trwał parę minut, może sekund, może godzin…. Nagle coś się zmieniło, na ułamek sekundy, bardziej podświadomie poczuł tę zmianę niż zmysłami. Czy to jakiś dodatkowy odgłos zakłócał rytm, czy ruch konia się zmienił, jakieś wahanie, dysonans. Otworzył gwałtownie oczy… ułamek sekundy, nie był stanie nawet pojąć całości obrazu. Człowiek. Drzewa. Rozmazana plama…
Zabiłem…”


To był nawet dla niej ułamek sekundy, rytm bicia ich serc się zmienił. W tym samym momencie w zwolnionym tempie zobaczył ją. Koń staną. Jego serce przestało bić. Doszedł ją jego zapach.
Znalazła się przy nim jeszcze nim zaczął zsuwać się z siodła. Spadł prosto w jej ramiona, więc ostrożnie ułożyła go na mchu.
Odsunęła się porażona, nigdy nie czuła czegoś takiego, tak silnie, mieszanina pragnienia, fascynacji, pożądania i wręcz bólu i głodu. Patrzyła z przerażeniem na postać leżąca przed nią, kim on jest, że wywołuje w niej takie uczucia i to tak niesłychanie silne. Tyle lat przebywa swobodnie wśród ludzi, od dawna nie robią na niej wrażenia.
Regularne rysy bladej twarzy, potargane ciemne włosy, oszałamiający, tak kuszący i wzbudzający pragnienia zapach. Potrząsnęła głową jak by chciała otrząsnąć się ze snu. Zastanowiła się przez moment ile może mieć lat, wyglądał najwyżej na dziewiętnaście, jeszcze dziecko.
Jego serce ponownie uderzyło, raz, a potem już wznowiło regularny rytm. Oczy jednak miał cały czas zamknięte i sprawiał wrażenie śpiącego.
Delikatnie wysunęła rękę i dotknęła jego policzka, przeszył ją dreszcz, może wspomnienie, niczym porażenie prądem jego gładka skóra działała na nią jeszcze silniej niż jego widok i zapach, nie potrafiła się powstrzymać, pogłaskała jego czoło, oczy, policzek i usta, następnie delikatnie bojąc się, że go zbudzi dotknęła szyi, czując miarowy już rytm pulsującej krwi. Zadrżała gwałtownie niby w konwulsjach, to drżenie sprawiało jej taką niewypowiedzianą rozkosz. Delikatnie uniosła i położyła jego głowę na swoich kolanach, pragnęła aby ta chwila nigdy się nie skończyła, wiedząc, że kiedy się obudzi, to koniec, był tylko człowiekiem, a ona będzie musiała odejść i sprawić by nigdy o tym zdarzeniu nie pamiętał.
Jeszcze raz dotknęła delikatnie opuszkami palców jego twarzy, szyi, ramienia, napawając się rozkoszą tej chwili.
Chłopak delikatnie westchnął, następnie odetchnął mocniej i poruszył zamkniętymi jeszcze powiekami, a potem powoli otworzył oczy. Były ciemne, okolone gęstymi czarnymi rzęsami, o tęczówkach w przedziwnej mieszaninie szarości, grafitu i wręcz czerni. Na moment utonęła w tych oczach nie będąc w stanie nawet odetchnąć.
Mrugnął uwalniając ją jednocześnie z odrętwienia i jego oczy przybrały bardziej przytomny wyraz, który zaczął szybko przechodzić w wyraz zaskoczenia i niedowierzania.


Powoli zaczęło do Aleksandra docierać to, co się wokół działo i nic się nie zgadzało z tym co pamiętał, coś było nie tak tylko, co.
Ostrożnie analizował to co ostatnie pamiętał jak otworzył oczy w galopie na koniu, tak, ktoś przed nim nie miał szans go ominąć, stratował go, może koń go…
Ale ten ktoś, pochylał się teraz nad nim i uśmiechał łagodnie. To na nią wpadł.
Zabiłem ją i ja też nie żyję”- pomyślał – „to jedyne wytłumaczenie, po za tym ludzie nie są tak piękni i niesamowici, kogoś takiego nie można spotkać”
Aleksander zaczął wpatrywać się w nią jak oczarowany, zapominając co tak naprawdę się stało, i czy ma wszystkie kości całe, bo przecież musiał spaść, z tej pozycji, w której jest, to wynika jednoznacznie. Była taka … piękna, biła od niej jakaś niesamowita siła, fascynowała go i porażała jednocześnie.
Zakochałem się w dziewczynie widzianej pierwszy raz na oczy i to tak…, to niemożliwe” – jego serce waliło jak oszalałe, miał wrażenie, że zaraz wyskoczy.
Nagle dotarło do Aleksandra, że to zbyt nierealne może, to tylko halucynacje. Powoli podniósł się i usiadł, wyciągając rękę i ostrożnie dotknął jej twarzy. Była prawdziwa, co prawda jej skóra była bardzo chłodna, ale ten dotyk przeszył go niczym porażenie prądem, otrzeźwiając jednocześnie. Była prawdziwa. No tak, a on zachowuje się jak idiota, wpatrując się w nią z rozdziawioną gębą.
Nieznajoma uśmiechała się do niego łagodnie i ostrożnie, jak by bała się, żeby go nie wystraszyć. Była chyba w jego wieku lub trochę młodsza, miała przepiękną pociągłą delikatną, owalną szczupłą twarz o regularnych rysach i olbrzymich szarych, lekko zielonkawych głębokich niczym jeziora oczach. Delikatną twarzyczkę anioła okalały bardzo jasne wręcz biało szare krótko obcięte, lekko zmierzwione włosy, współgrając z bardzo bladą wręcz porcelanową cerą. Sprawiała wrażenie lekkiej i delikatnej niczym zjawa lub motyl. Była drobna, szczupła, ale jednak chyba bardzo wysportowana.
- Hej, cześć, jak się czujesz? – jej głos był bardzo miękki i urzekający, wprawiał w drżenie całe jego wnętrze niczym dźwięk subwoofera.
- Dobrze, co się stało? Nie…, nie zabiłem cię… przepraszam – Aleksander jęknął.
- To nie twoja wina, nic się nie stało, zobaczyłeś mnie i zwaliłeś się z konia – odparła szybko.
- Spadłem?
- No nie zupełnie, złapałam cię – w jej głosie mógł wyczuć lekkie wahanie.
- No, i ….?
- Nic, obudziłeś się i zadajesz pytania – teraz to było lekkie zniecierpliwienie.
Aleksander powoli wstał i zaczął się rozglądać oglądając krytycznie też siebie.
- No, nic mi się nie stało – przyznał – A tobie? – zapytał jeszcze raz z wahaniem
- Mnie nie mogło się nic stać - odparła ostro
- Ale wjechałem w ciebie, widziałem, nie mogłaś uciec
- Bzdura, stałam obok drogi - zaprzeczyła.
- Hmm – nie wyglądał na przekonanego.
Aleksander spojrzał na dziewczynę spode łba i ruszył w stronę konia.
- Kulejesz, nic cię nie boli – dziewczyna znalazła się przy nim w oka mgnieniu, aż się wzdrygnął zdziwiony.
- Nie, Ja tak mam, to stary uraz – odparł zażenowany.
Stała tak blisko, aż zakręciło mu się w głowie.
- Mogę jeszcze o coś spytać? – kiedy Aleksander kiwnął głową, ciągnęła dalej. - Chciałabym wiedzieć jak masz na imię, ja jestem Luna.
- Przepraszam, powinienem wcześniej pomyśleć, mam na imię Aleksander – zaczerwienił się.
Uśmiechnęła się zniewalająco w odpowiedzi. Aż mu dech zaparło
Jak można się tak uśmiechać, teraz to już nie wiem jak się nazywam, znów wyglądam pewno na idiotę” – pomyślał.
Luna spuściła oczy, a Aleksander powoli wyciągną rękę i musną opuszkami palców jej policzek, poczuł chłód jej skóry i zrobiło mu się od niego niesamowicie gorąco. Podniosła wzrok i spojrzała mu w oczy, a on na moment zapomniał o wszystkim nawet o oddychaniu. Jednak po chwili zmusił się do wysiłku.
- Musze już wracać, chciałbym…. – powiedział Aleksander, a w zasadzie szepną
Tego się nie spodziewał, podeszła bardzo blisko, wzięła w obie dłonie jego głowę i przyciągnęła do siebie, tak iż ich twarze znalazły się naprzeciwko siebie, zatrzymała się na moment, to był ułamek sekundy kiedy musnęła swoimi wargami jego usta. Zaparło mu dech w piersi, a serce prawie stanęło. Spojrzała na niego przerażona jak by usłyszała, iż zatrzymuje mu się serce, ale teraz waliło już jak oszalałe, a ona uśmiechała się słodko.
Podszedł powoli do konia i odbił się od ziemi starając się nie dać poznać jaki sprawiało mu to wysiłek. Przełożył nogę przez szyję konia, usiadł w siodle i pochylił się do Luny.
- Zobaczymy się jeszcze – szepnął, z drżeniem bojąc się głośno zapytać.
- Myślę, że nie, zaraz zapomnisz o tym spotkaniu – Luna mówiła poważnie i cicho, ale z takim smutkiem w oczach, iż serce ścisnęło mu się, przeczuwając, że może być to prawda.
- Nieprawda, nigdy nie zapomnę – Aleksander obruszył się gniewnie
- Lepiej abyś zapomniał i… zapomnisz – Luna powiedział to spokojnie, ale cicho i znów z jakimś takim bliżej nieokreślonym bólem, że Aleksandrowi serce mało nie wyskoczyło z piesi.
- Nie – zadziwiła go moc, jaką włożył w to jedno słowo.
Pogłaskała delikatnie jego udo, i ich spojrzenia jeszcze raz się spotkały. Tyle bólu i pragnienia było w jej przepięknych szaro zielonych oczach, jak by żegnała go na zawsze i to nie po kilku minutach znajomości, ale po latach. Aleksander, o dziwo, czuł podobnie, chciał zeskoczyć i zostać tu z nią na zawsze, jednak koń ruszył, mimo, że chciał go powstrzymać, szedł dalej.
W tym momencie obejrzał się za siebie, już jej nie było, ścieżka była pusta, lekko drżały liście na młodych drzewkach przy drodze.
Zawrócił, ruszył kawałek kłusem, ale nie było tu żadnej ścieżki w bok, a prosta droga widoczna daleko na kilometr była pusta. Próbował wejść kawałek w ciemny las, ale to szukanie igły w stogu siana. Aleksander wrócił powili na ścieżkę i skierował konia do stajni, puścił wodze i dokładnie starał się przypomnieć każdą drogocenną sekundę, odkąd otworzył oczy na drodze.


Sebastian z premedytacją, ze wściekłym rykiem silnika, ostentacyjnie zaparkował motor na podjeździe przed ekskluzywnym hotelem z kasynem, w którym umówił się z Maksem. Nienawidził takich miejsc, ale za to wiedział, że Maks je uwielbia. Zawsze wszędzie na świecie, w pierwszej kolejności właśnie w takich miejscach był na pewno.
- Szukam Maksymiliana Verdena – spytał portiera w kasynie i nie pomylił się, od razu portier skierował go do dużej sali pełnej odstawionych gości i brzęku żetonów, prosząc by poczekał przy barze.
Mimo nagannych spojrzeń na jego skórzaną kurtkę i spodnie, oraz ewidentny brak krawata, nikt nie zaprotestował gdy wchodził i siadał przy barze. Nazwisko Maksa zdecydowanie zastępowało wejściówkę i krawat.
- Piwo proszę – zawołał do barmana i uśmiechną się z satysfakcja na widok jego zdegustowanej miny.
- No, no, Sebastian Brent, co Cię tu sprowadza, w te skromne progi, przyszedłeś oskubać kilku gości w pokera czy może jednak za mną się stęskniłeś – wesoły głos Maksa przebił się przez gwar głosów.
Jak zwykle olśniewający i otoczony dwoma pięknymi dziewczynami w bardzo obcisłych i krótkich sukienkach. Jedna była blondynką o niebieskich oczach i białej skórze, a druga smagła brunetką o oczach jak smoła. Były dobrane i dopasowane jak elegancki drogi garnitur i szpilki do mankietów z brylantami. Jego chłopięcy urok i uśmiech każdego by zwiódł ale nie Sebastiana, za dobrze go znał wiedział, że Maks to niebezpieczna mroczna postać, zdecydowanie wilk w owczej skórze, a nawet jagnięcej.
- A jak myślisz, przecież do takiej nory nie wlazłbym tylko dla kasy… - odpowiedział Sebastian
- No nie wątpię – rzucił Maks i dodał tylko dla Sebastiana – „Jak przyszedłeś się zabawić to zapraszam, która ci się podoba?”
To trudny wybór, są tak świetnie dobrane do Ciebie, że aż żal je rozdzielać”
Szczerze mówiąc trochę mnie już znudziły, są zbyt doskonałe na dłuższą metę, możesz wziąć je obie, w każdym razie na dzisiejszy wieczór” – dodał ze śmiechem
- Co u Izabeli, nie widzę jej z tobą?
- Nie masz szczęścia, nie ma jej wyjechała do Dubaju na kilka tygodni, ale jak wróci to powiem jej, że się stęskniłeś…
- No nie wiem czy to bezpieczne, lepiej jej nie prowokuj…
- No, no nie wymiękaj, wiesz jak ona cię lubi…
- Jak kot myszkę…., a po takich zabawach ciężko dojść do siebie….
- No cóż Izabela, to Izabela…., a na razie zapraszam- Maks roześmiał się chłopięco
Dzięki zapowiada się nieźle, a co dalej pogramy, czy zabawimy się…”
Mam tu kilku kumpli z którymi może nie pójdzie ci tak łatwo, no i…chyba powinieneś jeszcze kogoś poznać…” – i dodał już głośno
- Choć ze mną, na razie przedstawię cię właścicielce tego hotelu, kasyna i nie tylko. Panie zajmijcie się naszym gościem – dodał z niewinnym uśmiechem do dziewcząt, a Sebastian poczuł ukłucie niepokoju, jakąś półprawdę, ale co tam Maks zawsze miał swoje sekrety.
A tak przy okazji, po co przyjechałeś, tak sobie rozrywkowo, czy …?”
Tak, do Gajusza, przewoziłem przesyłkę, od twojego brata, a teraz chyba z nim trochę zostanę”
A co rodzinka Gajusza cię kreci, chcesz wrócić do Luny” – Sebastian wyczuł coś w myślach Maksa, ale nie potrafił tego zidentyfikować, czyżby zazdrość, to chyba niemożliwe, choć pamiętał, że Maks już kiedyś czepiał się go o Lunę, ale czemu?
Ech, tam, co ty, na głowę upadłeś, już ci kiedyś mówiłem, że Luna jest tylko kumplem, a u Gajusza trzymają mnie wspólne interesy, teraz zagoił parol na tych co mi podpadli, więc jestem…”
Ha, skoro tak, to nic nie mówię” – i dodał głośno

- Dobra idziemy do prywatnej sali tam obok, Panie cię poprowadzą - i zawołał ze śmiechem. – Bawmy się, cały wieczór nasz.



Prześlij komentarz